Napisane przez: zabierzmniedo | 8 Czerwiec 2010

Po powrocie…

Palące słońce, kurz, brud i zmęczenie – tak opisałabym Afrykę dwa miesiące temu. Teraz, gdyby ktoś zapytał mnie, jaka jest Mama Afryka, odpowiedziałabym bez wahania – gościnna, radosna, prawdziwa, sprawiająca, że po powrocie serce tęskni i płacze. Wszystko, co początkowo irytuje lub złości, teraz, patrząc z perspektywy jest tym do czego tęskni się najbardziej.

Brakuje mi prawdziwych ludzi. Szczerych, pomocnych, współczujących, z nadzieją patrzących w przyszłość. Ludzi z otwartymi duszami i sercami, gotowych w każdej chwili przyjąć cię do siebie i traktować, jak członka rodziny nie oczekując niczego w zamian. Serce za serce, dusza za duszę.

Brakuje mi słów wypowiadanych przez nich prawie codziennie „Witaj w domu”.

Tęsknię za ich mądrymi, życiowymi radami. Większość Afrykańczyków nie posiada pieniędzy bądź wykształcenia, lecz ich doświadczenie, głęboka empatia, mądrość płynąca prosto z serca jest niezastąpiona.

Myślę o nich codziennie. Tęsknię do tych, których miałam okazję poznać, ale i do tych, których nie poznałam. Każdy dał mi cząstkę siebie. Wróciłam bogatsza w wiedzę, uczucia, mądrość, postrzeganie świata, rzeczywistości, siebie.

Wróciłam. Pełna afrykańskich wspomnień. Z nowymi uczuciami i przemyśleniami. Mama Afryka dała mi wiele, właściwie wszystko, ale również i odebrała. Część serca została z nią.

Napisane przez: zabierzmniedo | 8 Czerwiec 2010

Pożegnanie z Afryką

Obudziłam się rano, przekonana, że dziś nad ranem wyjeżdżam. Spakowałam się, zamówiłam taxi i poszłam odwiedzić Kilimani School. Nauczyciele przywitali mnie ciepło, pamiętając wszystko i o wszystko wypytując. Dzieci również. Niewidoma i głuchoniema dziewczynka dotknęła mojej twarzy i powiedziała w swoim specjalnym języku, że pamięta białą, piękną dziewczynę z daleka. Serce się ścisnęło. Spędziłam z nauczycielami kilka godzin, a dzieci zrobiły mi piękne laurki, które zabrałam do domu. Pożegnań nie było końca. Pożegnałam się z każdym spojrzeniem, szeptem, rączką, nóżką, na wiele sposobów – byle tylko znaleźć porozumienie.

Wróciłam do hotelu i uświadomiłam sobie, że wyjeżdżam dopiero następnego dnia. Zadzwoniłam, więc do Josepha – przyjaciela z początku podróży. Przyjechał, podszedł do mnie chwiejnym krokiem, mamrocząc coś os czasu do czasu (co właściwie miało być wyznaniem miłości).

Spędziłam więc kolejny dzień w Nairobi. Odwiedziłam Shadracka – poznanego również na początku podróży. Zaprosił mnie na pyszną herbatę w hotelu, w którym pracuje. Miło nam się rozmawiało, ale kolega nie omieszkał wspomnieć, że przytyło mi się trochę. W Afryce to wyraz uznania, zdążyłam się już przyzwyczaić ;)

Tak naprawdę nie zdążyłam się pożegnać z Afryką. Ciągle wydawało mi się, że jeszcze mam czas, że jeszcze nie teraz. I tym sposobem przegapiłam te wszystkie związane z pożegnaniem emocje.

Spakowałam plecak, wsiadłam w samolot i tyle widziałam Afrykę…

...

Napisane przez: zabierzmniedo | 8 Czerwiec 2010

Powrót do Dar es Salaam

Zjadłyśmy ostatnie śniadanie w Nungwi. Spakowałam się, poszłam z dziewczynami złapać matatu i ruszyłam na prom powrotny. Chciałam pobyć sama, pomyśleć o tym, co było. O wszystkich chwilach, które minęły w zastraszającym tempie. Mój spokój zakłócił mi chłopak, którego imienia nie pamiętam. Rozmawialiśmy przez całą drogę, chociaż przysypiałam od czasu do czasu. Gdy dopłynęliśmy do Dar, chłopak poszedł ze mną do hostelu, zrobiliśmy zakupy, zabukowaliśmy bilet do Nairobi na następny dzień, usiedliśmy na ławce i prowadziliśmy długie rozmowy. W międzyczasie poznałam chłopaka ze Stanów, którego oczywiście zaprosiłam do nas. Siedzieliśmy więc w trójkę, szukając porozumienia, które przyszło do nas dość szybko. Po godzinie przyszła Nunuu, niestety sama – Amina pojechała do swojego chłopaka do Arusha. Przenieśliśmy się do knajpy – zamówiliśmy kolację i piwo. Nagle ktoś zasłonił mi od tyłu oczy, bawiąc się w durną, aczkolwiek słodką grę „zgadnij, kto to?” Przyszła Amina, wraz ze swoim chłopakiem. Cudownie było ją zobaczyć. Taka piękna i wesoła „jak zawsze”. Posiedzieliśmy trochę, pośmialiśmy się, sympatycznie było pożegnać swoich starych i nowych przyjaciół.

Wcześnie rano wsiadłam do autobusu. To koniec mojej historii – pomyślałam. Łzy napłynęły mi do oczu. W połowie drogi usiadł obok mnie Kenijczyk – nauczyciel filozofii. Zabawnie było rozmawiać z nim o Wittgensteinie.

Wróciłam do hotelu, w którym zatrzymałam się dwa miesiące temu. Cudownie było wracać do tego samego, znajomego miejsca. Ci sami sympatyczni ludzie przywitali mnie ciepło, tym samym niesamowitym jedzeniem.

Napisane przez: zabierzmniedo | 7 Czerwiec 2010

Mój Zanzibar

Przy wejściu na prom poznałam Nataszę – rezolutną, wiecznie gadającą, wesołą dziewczynę. Od razu postanowiłyśmy wspólnie znaleźć hostel. Zaskoczyła mnie swoją otwartością, serdecznością i szaleństwem w oku. Jak się szybko okazało były to tylko pozory. Na promie poznałam również Korin i Felicity – dwie, młodziutkie dziewczyny z UK. Postanowiłyśmy spotkać się po południu na lunch.

Wspólne spotkanie wypadło znakomicie. Postanowiłyśmy zmienić nieco nasze plany i ruszyć razem do Nungwi – bajecznej plaży na północy Zanzibaru. Natasza, ja i niejaka Jo (na której przyjazd czekałyśmy) wraz z Korin i Felice. Plan był taki, że dziewczyny z Anglii zamieszkają razem, a ja z pozostałymi dziewczynami w pokoju trzyosobowym. Niejaka Jo rozmyśliła się jednak i zmieniwszy zdanie „wyrzuciły mnie” ze swojego dwuosobowego pokoju. Nie przejęłam się tym specjalnie, bo od 2 miesięcy podróżowałam samotnie i naprawdę nie potrzebuję nikogo, a w szczególności o takim beznadziejnym nastawieniu do sprawy. Jednak moje angielskie koleżanki powiedziały, że chyba oszalałam, chcąc przenieść się do „jedynki” i że koniecznie muszę zostać z nimi. Byłam zaskoczona, gdyż w tej sytuacji, dziewczyny były zmuszone do dzielenia się jednym łóżkiem, ale prawdę mówiąc niespecjalnie im to przeszkadzało.

Spędziłyśmy razem około 10 dni, które zaliczam do jednych z lepszych w Afryce. Dziewczyny okazały się niesamowicie ciepłe, otwarte, rodzinne i zabawne. Wygłupiałyśmy się codziennie. W międzyczasie poznałam wielu backpackerów i lokalnych przyjaciół i szybko stałam się tą, która sprowadza wszystkich do domu. Dzięki temu, wszyscy staliśmy się jedną wielką rodziną. Z psami i kotami oczywiście. A Natasza? Jakoś automatycznie odseparowała się, ulotniła, przymknęła i zniknęła. Nie płakałam ;)

Pewnego ulewnego dnia pojechałyśmy do Stone Town. Postanowiłyśmy spędzić ten dzień inaczej – pójść na dobrego drinka, drobne zakupy – tak po babsku, we trzy. Los, przeznaczenie lub cokolwiek innego sprawił, że spotkałam na ulicy Ewę – koleżankę z Poznania. Pracowałyśmy razem w jednej firmie, po czym Ewa wyjechała na Zanzibar. Prawdę mówiąc przyjechałam tam, by się z nią spotkać, ale nie odpowiedziała na mojego maila. Okazało się, że zanzibarski Internet po prostu nie uciąga wirtualnej polski o czym szybko się przekonałam. W każdym razie wpadłam na Ewę niespodziewanie na ulicy. Przywitałyśmy się serdecznie, pogadałyśmy i umówiłyśmy się na jutro.

Spotkanie wypadło znakomicie. Było jak dawniej. Długie rozmowy, zabawne sytuacje, rodzinne problemy. Bardzo żałowałam, że nie mogłam zostać dłużej. Ewa daje mi niesamowitą energię. Każde słowo, które z nią wymieniam, chłonę, połykam i nigdy nie wypuszczam na zewnątrz.  Staram się pamiętać każdą poradę, każdy gest, śmiech, grymas – wszystko to jest bardzo cenne. Nastąpiła w nas przemiana – trafiłyśmy na siebie ponownie w okresie wielkich i mniejszych przemian życiowych. I jeśli o mnie chodzi znowu znalazłyśmy gruby sznur porozumienia. Jestem z niej niezwykle dumna, jest moją podporą duchową. Przykro mi było ją zostawiać. Mam nadzieję, że uda mi się ją odwiedzić w przyszłym roku.

Stone Town

Nungwi

Ewa, Kajtek i ja

Piękna noc

Tak się poznaje masajskich chłopców

Tak było każdego ranka

Napisane przez: zabierzmniedo | 7 Czerwiec 2010

Z Arusha do Dar

Wsiadłam do autobusu. Poprzedniego wieczora pożegnałam się z Issaya i przyznam, że szczere łzy napłynęły mi do oczu. W jakiś nieokreślony bliżej sposób kocham tego chłopaka.

Przed wejściem do autobusu zjadłam śniadanie. To niesamowite, ale w Tanzanii na przystankach autobusowych są specjalne miejsca, gdzie można zjeść pożywne, porządne śniadanie. Strasznie fajnie jest tak siedzieć wśród okolicznych mieszkańców, popijać fatalną kawę, zagryzając pysznym chapatti i patrząc, co dzieje się dookoła.

W autobusie poznałam Aminę. Mieszka w Dar es Salaam, do którego jechałam. Od razu zaproponowała mi pomoc. Gdy dojechałyśmy do celu, wcisnęła mnie w taksówkę i pojechałyśmy do jej domu. Poznałam jej sąsiadów i siostrę Nunuu. Mieszkają razem w maleńkim pokoju, ale z tego, co widziałam (a potem z rozmowy z nimi) wywnioskowałam, że radzą sobie całkiem nieźle.

Po wstępnych oględzinach okolicy i mnie ;) pojechałyśmy do centrum, by znaleźć mi nocleg, następnie poszłyśmy na kolację i kilka piw. Dawno nie piłam, więc wstawiłam się odrobinę, tak jak moje towarzyszki.

Następnego dnia rano, siostry przyszły po mnie, by odprowadzić mnie do portu. Kupiłyśmy bilet na Zanzibar i pełna emocji wsiadłam na prom.

Napisane przez: zabierzmniedo | 26 Kwiecień 2010

Powrot do Arusha

Po powrocie z safari, Issaya już na mnie czekał. Znalazł mi inny hotel i spędziliśmy miły wieczór. Rano, pojechaliśmy do sierocińca. To, co tam zastałam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dzieciaczki-robaczki były wspaniałe, ale warunki, w jakich mieszkają są tragiczne. Okazało się nawet, że tego dnia nie mają nic do jedzenia. Serce ścisnęło mi się ponownie. W sierocińcu nie ma elektryczności, nie ma nawet wody. Dzieci chodzą brudne, niedożywione, ale personel stara się robić wszystko, co w ich mocy. Poszliśmy więc na targ. Ze łzami w oczach i wielką niewiadomą w sercu, kupiłam 5 kilo ryżu, 5 kilo fasoli, warzywa, owoce, olej, 5 kilo cukru, ogromny zapas mydła i nafty. Wzruszona, wróciłam do hotelu. Issaya był również poruszony…

Napisane przez: zabierzmniedo | 26 Kwiecień 2010

Safari

Spędziłam 4 wspaniałe dni. Raz marznąc, raz umierając z duchoty. Poznałam wspaniałych ludzi, a Musaferi i Issaya dzwonili każdego dnia, pytając, czy wszystko jest w porządku. To piękne uczucie, kiedy obcy ludzie troszczą się o ciebie. Czujesz się jak w domu, a oni stają się na chwilę twoją rodziną. A może nawet na dłużej niż tylko chwilę?

W kolejnej wiosce Masajów znalazłam męża. Ma na imię Lazaro. Powiedział, że zadzwoni do mnie. Wskazał mi dość mocno oddalone wzgórze – tam mieszka jego ojciec, który ma telefon komórkowy. Droga na wzgórze zajmie mu około 2 dni. Myślałam, że to tylko gadanie, ale nie. Lazaro naprawdę zadzwonił po dwóch dniach, pytając ile krów chce moja mama w zamian za mnie?! Mamo?

Napisane przez: zabierzmniedo | 26 Kwiecień 2010

Arusha

W hostelu poznałam kucharza. Wyjątkowo miły człowiek. Okazało się, że pochodzi z Arusha i oczywiście zna Bambo. Zadzwoniliśmy do niego, by jeszcze raz podziękować za pomoc. Następnie pojechaliśmy na lokalny targ, by zrobić zakupy na kolację. Po południu przyjechał przyjaciel Musaferi – Issaya. Przystojny, 25-letni pracownik biura podróży. Zaprosił mnie do siebie. Wypiliśmy piwo, porozmawialiśmy i pojechaliśmy dowiedzieć się o ceny safari. Muszę przyznać, że Issaya to niezwykle mądry, wrażliwy, ciepły i inteligentny chłopak. Wspaniały!!! Zabukowałam safari i ruszyłam następnego dnia.

Napisane przez: zabierzmniedo | 26 Kwiecień 2010

Droga do Kahama

Musaferi odwiózł mnie na granicę. Przekroczył ją razem ze mną, gdyż pochodzi z Tanzanii, więc nie było to większym problemem. Czekał wraz ze mną na matatu do Kahama. Bo zapomniałam wspomnieć, że w międzyczasie zmieniłam swoje plany. Musaferi zaproponował żebym pojechała do Arusha, gdyż ma tam przyjaciela, który chętnie się mną zaopiekuje. Zgodziłam się oczywiście. Przed odjazdem Musaferi poprosił kierowcę – Bambo, by się mną zaopiekował. Po 5 godzinach dotarliśmy do celu. Bambo, pomógł mi kupić bilet do Arusha, znalazł nocleg i pokazał restaurację. Poszłam wcześnie spać, gdyż musiałam wstać o 5. I co? Kolejny raz ludzie, pokazali mi, jak wspaniali potrafią być. I nieprzewidywalni. O 5 otworzyłam drzwi do swojego pokoju i zastałam stojącego na korytarzu Bambo. Chłopak chciał być pewien, że nie zaśpię. Odprowadził mnie na dworzec, wpakował cholernie ciężki plecak do autobusu, znalazł dobre miejsce i poszedł sobie. Ludzie są wspaniali.

W autobusie spędziłam 15 godzin. Obok mnie, przez całą drogę stała koza!!! Ponownie spotkałam wspaniałych ludzi, którzy chętnie służyli pomocą i zostali ze mną, gdy czekałam na taksówkę w Arusha.

Znalazłam hotel i poszłam spać – totalnie wykończona.

Napisane przez: zabierzmniedo | 26 Kwiecień 2010

Nyakarambi

Wczesnym rankiem mój przyjaciel Pascal odprowadził mnie na dworzec autobusowy, pożegnaliśmy się i ruszyłam do Nyakarambi. Tam powinna odebrać mnie Dorothy – znajoma Sony z UK. Dotarłam, czekałam, nikt się nie pojawił. Polecony przyjaciel – Musaferi – nie odbierał telefonu. No to ładnie – pomyślałam. Kolejny dzień w plecy. Zmęczona czekaniem poprosiłam stojących nade mną mieszkańców o wskazanie jakiegokolwiek miejsca do spania. Zaprowadzili mnie do małego hotelu tuż za rogiem. Co się okazało? Właścicielem jest Musaferi. Czekał na mnie, a ja źle wstukałam jego numer do swojego telefonu. Przywitał mnie ciepło, zaserwował lunch i pokazał wioskę. Nyakarambi to niezwykła miejsce, jestem pewna, że nie ma drugiego takiego na świecie. Spokój, cisza, niesamowicie otwarci ludzie, nawet powietrze inne – czyste, pełne życia i pięknych zapachów. Wieczorem przyszła Dorothy, przepraszając za swoją nieobecność, ale utknęła w potężnym korku blisko Kigali. To wspaniała kobieta, sześćdziesięcioletnia wolontariuszka. Wczesnym rankiem pojechaliśmy z Musaferi na lokalny targ, następnie do szkoły, gdzie bawiliśmy się z dziećmi, śpiewaliśmy piosenki i rozmawialiśmy. Najśmieszniejsze jest to, że nauczyciel uczy je biologii w języku angielskim, a sam nie zna go całkowicie. Taki jest system nauczania w Afryce. Nauczyciele często kopiują teksty z książek, nie rozumiejąc ich kompletnie. Następnie pojechaliśmy do szpitala. Dyrektor oprowadził mnie po nim, opowiedział jak leczy się malarię i problemy żywieniowe. Wiele się nauczyłam. Po obiedzie pojechaliśmy nad przepiękny wodospad i wspaniały był fakt, że patrząc na niego, jedną nogą stałam w Ruandzie, a drugą w Tanzanii. Wieczorem naszedł czas pożegnań. Piliśmy piwo i ustalaliśmy plan, kiedy i jak możemy spotkać się ponownie. To niesamowite, ale naprawdę zżyłam się z Musaferi. To niezwykły człowiek, pełen ciepła i dobroci. Na pewno będę za nim tęsknić.

Starsze pozycje »

Kategorie

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.